Grażyna Leja: Turystycznie szkolony Kraków
2009-08-28Turystyczny sukces Krakowa w ostatnich latach to nie tylko zasługa Wawelu, Barbakanu czy tysięcy knajpeczek i pubów. Miliony zwiedzających to także wynik przystąpienia do Unii Europejskiej, stworzenie dobrze funkcjonującego zaplecza ale i wypracowania ciekawej, zróżnicowanej oferty turystycznej oraz przyciągnięcie tanich linii lotniczych, które „otwarły” miasto dla całej Europy i świata. A te ostatnie zawdzięczamy w dużej mierze jednej osobie – Grażynie Leji, pełnomocnikowi prezydenta miasta ds. turystyki.
Na całym świecie przyjmuje się, że każdy milion turystów to 30 tys. miejsc pracy w odwiedzanym miejscu. Daje to dochody całej armii ludzi: od obsługi miejsc, które są zwiedzane (zabytki, muzea itp.) przez przewodników, pamiątki, hotele, gastronomię, aż po branże mniej bezpośrednio związane z turystyką: sklepy, usługi, lotniska, taksówki itd. Z takiego wyliczenia wynika, że obecnie w Krakowie z turystów żyje niemal 240 tys. osób!
- Miałam tego świadomość, gdy w 2002 r. zgodziłam się zająć turystyką przy prezydencie Jacku Majchrowskim. Wiedziałam, że trzeba jakoś tych turystów pod Wawel ściągnąć. Ale jak? – wspomina Grażyna Leja. Wiedziała, że drogi mieliśmy kiepskie, a nowe budują się latami. Pozostały linie lotnicze. Ale tylko te tanie, bo dawniej bilet np. do Paryża kosztował 5600 zł, a tanimi liniami – tylko 500. - Trzeba je było zaprosić do Krakowa i to jako pierwsze miasto w Polsce, by świat się dowiedział, ze istnieje piękny Kraków, do którego można dogodnie dolecieć. Gdy udało się uruchomić pierwsze połączenia linią Germanwings, zrozumieliśmy, że to był „złoty strzał” i odnieśliśmy sukces. Gdy ruszył drugi przewoźnik, Sky Europe, złapaliśmy oddech. Dziś w Balicach mamy już piętnaście linii - wyjaśnia.
Na studiach
Od dziecka lubiła podróże. Wiele z nich udało się zrealizować, szczególnie w czasach liceum. Ale żeby poświęcić się turystyce zawodowo? Taka myśl nie przychodziła jej do głowy jeszcze na dwa tygodnie przed maturą:
- Byłam dobra z matematyki, więc widziałam się bardziej na Politechnice: architektura, może jakieś maszyny – śmieje się ze swoich dawnych marzeń. Ostatecznie jednak zdała bardzo trudne egzaminy na Akademii Ekonomicznej (dziś uniwersytecie), na kierunku gospodarka turystyczna.
- Uczyliśmy się zarządzania przedsiębiorstwami turystycznymi. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli, np. zajęcia z gastronomii prowadzili wykładowcy z Francji, którzy uczyli nas organizacji bankietów, sposobów podawania do stołu – opowiada. Prócz nauki odbywali obowiązkowe praktyki. – Forum, Holiday, Mrongovia, Kasprowy – same najlepsze hotele – podkreśla.
W tym czasie pracowała też w biurze turystycznym Almatur, wkrótce otrzymała też paszport (przypomnijmy - w czasach realnego socjalizmu zdobycie go było rzeczą bardzo trudną, szczególnie gdy chciało się wyjechać na Zachód).
- A mój pierwszy wyjazd był na kanonizację Maksymiliana Kolbego – wspomina.
Na Zachód!
Niestety – panujący w tych czasach tzw. nakaz pracy zaraz po studiach skierował ją do biura rewizyjnego PSS Społem. Niedługo tam jednak wytrzymała i w 1981 r. przeszła do Orbisu.
- Obsługa klientów, załatwianie paszportów, wiz – to było to, co chciałam robić. Później doszła do tego organizacja imprez wyjazdowych: wycieczki, pielgrzymki, rejsy po morzach... Do Izraela np. dotarliśmy jako pierwsi – zapewnia. – A dzięki tej pracy udało mi się zobaczyć kawał świata – dodaje.
Taka praca wymagała jednak stałego samokształcenia.
- Studia dały mi bardzo dobrą podstawę, ale na szczęście taka korporacja, jaką był Orbis zapewniała też ciągłe szkolenia, gdzie na kongresach, konferencjach i kursach poznawaliśmy wszelakie nowinki z branży. Dużo też uczyłam się sama – podkreśla.
Na własną rękę
W Orbisie pracowała do 1992 r.
- Założyłam własną firmę, nie związaną z branżą. Odniosłam sukces, ale brakowało mi turystyki – zdradza Grażyna Leja. – Po trzech latach wróciłam więc do zawodu, jako właściciel własnego biura turystyki wyjazdowej i przyjazdowej.
„Wyjazdówka” zawsze była dla niej ciekawsza:
- Wyjazdy, tworzenie stale czegoś nowego, poznawanie nowych rzeczy, ale i większy stres – przyznaje. Turystyka wjazdowa łączy się bowiem zawsze z ryzykiem. Wystarczy huśtawka walut, by zamiast zarobku wygenerować straty.
- Np. bukowało się miejsca w listopadzie w jednej cenie, ale sprzedawało się je dopiero w następnym roku już w innej cenie – wyjaśnia.
„Przyjazdówka” jest za to stabilniejsza – realizuje się na miejscu konkretne zamówienia pod konkretnego klienta.
Ale nie tylko wyjazdami i przyjazdami zajmowała się w tym czasie: dorobiła się własnego hotelu, działała też aktywnie w Krakowskiej Izbie Turystki a nawet w Polskiej Izbie Turystyki. Znajomość branży, ogromna wiedza i aktywność sprawiły, że stała się „twarzą” krakowskiej branży turystycznej.
Na magistrackim stołku
W 2002 r. nowym prezydentem Krakowa zostaje Jacek Majchrowski. Tworząc swój sztab, zaprasza jako swojego pełnomocnika od turystyki Grażynę Leję.
- Dał mi szansę – twierdzi – A ja zdawałam sobie sprawę, że muszę rozwiązać dwie kluczowe sprawy: komunikację i odbiór turysty – opowiada.
Postawiła na tanie linie lotnicze i odniosła spektakularny sukces: mało znane lotnisko w Balicach notowało z roku na rok coraz większą liczbę pasażerów, w 2005 r. już w sierpniu ląduje milionowy pasażer, dwa lata później liczba przekracza dwa miliony, a w 2007 r. 3-milionowy pasażer witany jest już 20 grudnia!
Ale początki nie byly łatwe:
- Trafialiśmy na wielki „opór materii”. Nie rozumiały idei tanich linii centralne urzędy, nie „czuło” tematu lotnisko itd. Było naprawdę ciężko, bo to my – Kraków - przecierał szlaki w uruchamianiu tanich połączeń – wspomina. – Ale osiągnęliśmy sukces, bo samolot to najlepszy sposób na współczesną turystykę. Dzięki nim świat się skurczył i teraz można spędzać weekendy w całej Europie. A jednym z takich miast stał się Kraków – uważa.
Drugim najważniejszym problemem, jaki musiała rozwiązać to funkcjonowanie branży pod Wawelem. Zaczynała z garstką ludzi i budżetem 800 tys. zł (dziś dysponuje już 5 mln rocznie), podczas gdy na mieście nie było nawet solidnej informacji turystycznej.
- Musieliśmy się zająć zbieraniem informacji, przetwarzaniem jej i dystrybucją, rozwinąć sieć punktów informacyjnych, stworzyć kalendarz wydarzeń, które są interesujące dla przyjezdnych, dogadać się z muzeami i tak dalej. Przecież to my wymyśleliśmy choćby akcję „Noc muzeów”, które teraz funkcjonują z powodzeniem w innych miastach – zapewnia.
Jedyne, na czym mogła polegać, to sieć hotelowa i gastronomiczna.
- Było ich niewiele, ale były na wysokim poziomie. Dziś jest ich więcej, są nowe, dobrze funkcjonujące, nieźle rozwinęła się sieć hosteli – uważa.
Gastronomia, choć szeroko rozwinięta, powinna wg niej lepiej ze sobą współpracować i zostać lepiej skategoryzowana, bo wysokie ceny i liczba gwiazdek nie daje prawdziwego obrazu danej placówki. Udało się także lepiej promować miasto za granicą za pomocą kampanii reklamowych, targów i coraz bogatszej ofercie kulturalnej i turystycznej.
Choć wiele już dokonała, wciąż uważa, że ma wiele do zrobienia:
- Trzeba uświadamiać decydentów i mieszkańców, jak zarabiać na turystach. Mamy w Krakowie bezpieczeństwo i świetną atmosferę, ale brakuje wykwalifikowanej kadry do bezpośredniego kontaktu z turystami, choćby w gastronomii. Brakuje nam nawet... uśmiechu przy rozmowach z nimi! Cóż z tego, że np. klient dostanie wspaniałe jedzenie w wspaniałej restauracji, jeśli poda je człowiek, którego nikt nie przeszkolił, jak ma się zachowywać, by stworzyć lepszą atmosferę? – tłumaczy.
Dlatego wspiera i sama organizuje przeróżne kursy i szkolenia, które polepszają jakość obsługi i przyczyniają się do rozwoju branży turystycznej.
Na swoim
A jaka jest Grażyna Leja prywatnie?
- Córka też pracuje w branży, mąż ten sam, oprócz tego dwa wilki – żartuje na temat domowników. - Urlopy w ostatnich latach już nie zagranicą, ale w kraju, bo uzmysłowiłam sobie, że znam już mnóstwo miejsc na świecie, a nie odkryłam niektórych terenów u nas w kraju – dodaje.
Zapalona narciarka, dużo jeździ na rowerze i – jak się uda „załapać” – chętnie grywa w siatkę (kiedyś była zawodniczką AZS). Na tenis czy golfa po prostu brakuje jej już czasu.
- Pracuję od 8 do 20, więc gotuję też tylko w weekendy, a że lubimy mieć gości, spełniam się przy nich kulinarnie – zapewnia.
Uwielbia czytać. Jej biblioteka jest pokaźna i bardzo zróżnicowana.
- W zależności od nastroju sięgam po różne pozycje. Najbardziej chyba jednak lubię książki historyczne – przyznaje.
Czasami jednak lekturą wciąż stają się podręczniki:
- Gdy przyszłam do magistratu, musiałam się poduczyć z dziedziny zarządzania turystyką miejską. Okazało się, że najwięcej pozycji wydanych jest w języku… francuskim. Musiałam więc szkolić się z oryginałów, bez żadnych tłumaczeń – zdradza.
Jerzy Kłeczek



